Gardłowy Iron Maiden - Bruce Dickinson zrobił większość średniej jakości materiału na swój nowy, solowy album.

Czy Bruce Dickinson mógłby być najlepszym, angielskim wokalistą heavy-metalowym? Wybór nie byłby oczywisty, to pewne.Po mimo wagi tego, że 23 lata temu dołączył do Iron Maiden zastępując Paula Di'Anno, nie starał się wyróżniać. Nigdy nie był szczególnie ekstrawagancki, w skali teatralności nie był jak Ozzy i po mimo chwytających za jaja wysokich notowań na "Run To The Hills", nigdy nie uprawiał ekstremalnego wokalu, uosabianego (lub sparodiowanego) przez Justina Hawkinsa z Darkness. A gdy przychodzi do wykreowania własnego image'u nie jest nawet w tej samej lidze co Rob Halford, dużo niżej niż Freddie Mercury.
Ale mimo to, w sposobie śpiewania na Tyranny of Souls jest tak dużo energii, pasji i subtelności, że trudno jest sobie wyobrazić kogokolwiek, kto bardziej niż Dickinson zasługuje na tytuł Najlepszego Wokalisty w Anglii. Dlatego gdy niemal każdy brzmiałby świetnie, pracując ze świetnym materiałem, tylko prawdziwy mistrz potrafi błyszczeć wydając materiał średniej jakości.
Napisany i nagrany z pomocą gitarzysty i producenta Roya Z. album Tyranny of Souls jest niemal ukoronowaniem dziewięcio-albumowej, solowej kariery Dickinsona. Ma momenty zapadające w pamięć - jeden z nich to długi, bardzo melodyjny refren w Navigate the Seas of the Sun - i równie wiele szybko z niej ulatujących, co robi z niego ten rodzaj albumu, który zadowoli fanów z wyjątkiem zdecydowanych niedowiarków. Utwory są hałaśliwe, dopracowane i umiarkowanie chwytliwe.
Ale sposób śpiewania jest po prostu cholernie fantastyczny.
To nie tylko kwestia energii, chociaż mocarne wibrato Dickinsona robi się delikatniejsze, wciąż ma jej mnóstwo. W zamian, są drobne różnice: delikatne akcenty, burze barwy, aktorski sposób wykonania liryków. Na przykład sposób w jaki zabiera się za otwarcie "River of No Return" - "There is frost in every sunbeam/Water flows from the Earth to sky" - jest taki zdecydowanie dramatyczny, nie wiesz ale wydaje ci się, że ten wiersz znaczy więcej niż wydawałoby się po słowach na stronie. To po prostu brzmi zbyt imponująco by były to bzdury.
Nawet lepiej, Dickinson przykuwa naszą uwagę bez prób przekrzyczenia gitar. Nie trzeba mówić, że nie tylko czasami rozgrzewa do czerwoności (sprawdźcie te wysokie harmonie w refrenie do "Power of the Sun"), po prostu ta energia i głośność to nie jedyne rzeczy w jego zestawie narzędzi. W rzeczywistości, niektóre najlepsze momenty płyty przychodzą wtedy, gdy oszczędnie używa swojej siły głosu, tak jak w "Soul Intruders", gdzie trzyma się trzeciego biegu w już gwałtownie podgłaszających się zwrotkach, więc może wejść na pełne obroty gdy dociera do wysokich harmonii refrenu.
Jeśli tylko gitarzysta Roy Z zdobędzie się na takie ograniczenie. Chociaż jego akompaniament stanowi solidny i zdecydowanie melodyjny riff, jego solówki to nie ćwiczenia w szybkim gonieniu do nikąd - technicznie imponujące ale zupełnie pozbawione siły uderzenia i serca, jak ktoś zniżył grę Steve'a Vai do rangi komputerowego programu.
Nadal, mimo wszystko jest to poboczny projekt. Iron Maiden ma obecnie przerwę dopóki nie pokażą się na Ozzfeście, a Dickinson obiecuje powrót do składu, do pracy nad zaczęciem nowego albumu. Cała nadzieja w tym, że Harris da mu jakieś naprawdę świetne piosenki do których będzie mógł dołożyć swój głos. Bóg jeden wie że na to zasługuje.