Słodka muzyka duszy

Pierwsza solowa płyta frontmana Iron Maiden od jego powrotu do zespołu wreszcie dotarła na sklepowe półki by naprawdę zaprezentować jego talent.

W odróżnieniu od godnych uznania płyt Accident of Birth i Chemical Wedding, na Tyranny of Souls nie ma śladu gitarzysty Adriana Smitha, który wraz z Brucem wrócił do Iron Maiden, chociaż wokalista podjął ponowną współpracę z gitarzystą i współautorem tekstów Royem Z z Tribe Of Gypsies, rockowego zespołu z Los Angeles o latynoskim posmaku. Bruce nadal trzyma się kursu wytyczonego na wcześniejszych albumach - poprzez zanurzenie w metalu z nowoczesnym pazurem - a wynikiem tego jest znakomita, spójna płyta.
Generalnie, liryki i nastrój kontynuują szczególnie makabryczny zwrot wszystkich twórców tekstów w Maiden przyjęty na Dance Of Death, co nie jest zbyt zaskakujące, zważywszy na to, że Bruce pisał te słowa podczas trasy koncertowej Maiden do tego albumu, dopasowując je do gitarowych riffów, które wysłał mu Roy Z. Na całej płycie widoczna jest fascynacja wokalisty lataniem, a najbardziej ujawnia się ona w Kill Devil Hill, którego nazwa pochodzi od punktu obserwacyjnego w Północnej Karolinie, skąd wystartowali pionierzy lotnictwa bracia Wright. Zgodnie z wyraźną wzmianką Bruce'a Maidenowski Flight Of Icarus i równie mocny Soul Intruders to utwory, które najlepiej pasowałyby do Maiden.
W majestatycznym River Of No Return i obłąkańczym Power Of The Sun jest szczyt technicznych umiejęstności, podczas gdy złowróżbny Believil powiela gruchoczącą kości dynamikę, dzięki której Roy Z pomógł Judas Priest wyprodukować Angel Of Retribution. Tymczasem utwór tytułowy cudownie łączy kanciastość nowoczesnego amerykańskiego rocka z buntowniczym, brytyjskim sposobem śpiewania Bruce'a. Środkowy kawałek albumu to sentymentalny, inspirowany science fiction Navigate The Seas Of The Sun, w którym spokojny Dickinson wyobraża sobie "odległa Ziemia - dawno temu powstała, na krawędziach tkwiąc umysłów naszych" podczas gdy Roy Z demonstruje swoje latynoskie pochodzenie ze wspaniale płynną akustyczną solówką, która cudownie kontrastuje z występującą w reszcie utworu gitarą elektryczną. Bruce zachowuje swoje impresje syreny alarmowej w postaci odległego zawodzenia do końcowego refrenu, a to daje zapadający w pamięć efekt.
Podczas pierwszych lat poza Maiden, musiał się zbuntować przeciwko odbieraniu go jako "tylko i wyłącznie" wokalistę metalowego ale tak naprawdę nie miał czego udowadniać tym ludziom pochłoniętym różnymi pojęciami bycia "cool". To ten sam typ ludzi, którzy próbują wmówić nam, że raczej darzą The Stroke i The Vines "niewiarygodną" niż "jeden z nich średnią" sympatią, i którzy nigdy na pierwszym miejscu nie cenili talentu Bruce'a ponad Maiden lub odwrotnie.
To dobrze, że Bruce wkłada w tworzenie własnej muzyki ogromny wysiłek i że zostawił za sobą swoje przepraszające zachowanie. Mimo wszystko, jak śpiewa w dowcipnej piosence Devil On A Hog, nie jest "z tych nieśmiało odchodzących".