Tutaj oczywiście znajduje się długa (tak jak obiecałem) biografia Bruce'a od narodzin do dnia dzisiejszego. Acha, większość została przepisana z książki 'Run To The Hills' - oficjalnej biografii Iron Maiden.

 

Paul Bruce Dickinson urodził się 7 sierpnia 1958 roku w Worksop, małym górniczym miasteczku w Nottinghamshire. Chociaż naprawdę miał na imię Paul, już od dzieciństwa wolał by nazywano go Bruce W chwili zawarcia małżeństwa jego rodzice byli jeszcze nastolatkami, nagłe pojawienie się małego Bruce’a przyspieszyło ślub, jak to zwykle bywało w Wielkiej Brytanii lat pięćdziesiątych. Młoda para, która ledwie ukończyła szkołę, będąc bez grosza, zmuszona było początkowo zamieszkać razem z dziadkami Bruce’a. Na nich też spoczął ciężar odpowiedzialności za wychowanie dziecka.

„Moje narodziny były przypadkiem” – przyznaje Bruce. „Kiedy moja matka zaszłą w ciążę, miała szesnaście, czy siedemnaście lat, a mój ojciec siedemnaście albo osiemnaście. (Matka Bruce'a próbowała przerwać ciążę i w tym celu wzięła tebletkę na poronienie, całe szczęście ta nie zadziałała). Potem się pobrali i za cztery czy pięć miesięcy przyszedłem na świat. Mama pracowała na pół etatu w sklepie obuwniczym, a tata służył w wojsku. Z zawodu był mechanikiem samochodowym, ale z powodu różnych wybryków stracił prawo jazdy. Wtedy pomyślał ‘Pieprzyć to’ i wstąpił do armii. Zarabiał więcej i od razu odzyskał prawo jazdy. Pamiętam, że wychowywali mnie głównie dziadkowie, gdyż rodzice byli tacy młodzi. Dziadek był górnikiem w okolicznej kopalni, babcia zajmowała się domem, a czasami dorabiała sobie fryzjerstwem. Pierwszą szkołą, do jakiej uczęszczałem byłą podstawówka w Manton, miejsce równie nieciekawe jak i cała dzielnica – chodziły tam wszystkie okoliczne dzieciaki. Ja jednak wspominam ją bardzo ciepło. Uważam, że miałem wtedy szczęśliwe dzieciństwo”.

W czasie, gdy mały Bruce rozpoczynał naukę, jego rodzice wyprowadzili się z Worksop, zostawiając go pod opieką dziadków. Przeprowadzili się do Sheffield, najbliższego dużego miasta, gdzie łatwiej było o dobrą pracę.

„Rodzice przenieśli się do pełnego spalin Sheffield, bo tam była praca” – mówi Bruce. „Czułem się, jakbym nie miał mamy ani taty. Osobą zastępującą mi ojca był dziadek. To był wspaniały człowiek. Przypuszczam, że miał wtedy około czterdziestu paru lat – najlepszy wiek na ojcostwo. Pamiętam jak uczył mnie boksu. Zanim poszedłem do szkoły, nauczył mnie bić się. Powiedział:, „Jeżeli w szkole ktoś będzie cię przezywać, po prostu mu przyłóż! Pilnuj swego i nie pozwól sobą pomiatać”. No i następnego dnia zostałem wysłany do domu, gdyż chodziłem po szkole waląc wszystkich wokół! Wtedy dziadek zrobił mi wykład na temat, kiedy powinienem komuś przyłożyć, a kiedy nie. Myślę, że w pewien sposób zastępowałem mu syna, którego nigdy nie miał. Ale dla babci byłem tylko tym małym gnojkiem, który zabrał jej córkę. Mówiła, że przypominam jej mego ojca, i rzeczywiście, byłem trochę do niego podobny, zwłaszcza z twarzy”.

Bruce był szczęśliwym, choć samotnym dzieckiem. Kiedy się złościł, właził na kanapę i nie chciał się stamtąd ruszyć ani na krok – „nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie zobaczył”. Jego pierwszym muzycznym doświadczeniem był taniec, który wykonywał w pokoju dziadków do utworu ‘The Twist’ Chubby Checkera. „Dziadkowie włączali płytę, a ja zabawiałem wszystkich twistem. W tym wieku wydawało się to świetną zabawą”. Pierwszą płyta, która należała tylko do niego był singiel She Loves You Beatlesów.

„Mieliśmy radio i gramofon; zdołałem jakoś namówić dziadka, żeby kupił mi She Loves You, które od wielu tygodni było numerem jeden na liście. Była to jedna z tych płyt, które po prostu musiałeś mieć” – wspomina Bruce. „Być może właśnie dlatego pamiętam, że bardziej podobała mi się strona B niż A. Od tego czasu zacząłem słuchać muzyki i decydować, co mi się podoba, a co nie. Pamiętam, że podobała mi się strona B singla Gerry’ego i Pacemakersów zatytułowanego ‘I’ll Never Get Over You’. Na naszej ulicy mieszkał chłopak, który miał gitarę elektryczną, wszystkie dzieciaki mówiły o nim z podziwem. Pamiętam, kiedy zobaczyłem go z tą gitarą, miałem wtedy chyba pięć lat, to był istny szok. Był nastolatkiem, musiał mieć około szesnastu lat, i dla mnie był prawie bogiem. Nosił długie włosy – to znaczy, długie na tamte czasy, sięgały mu prawie do uszu ; ) – miał tez buty ze spiczastymi noskami i wszystkie bajery. Wyglądał jakby przed chwilą wyszedł z telewizora”.

Chociaż dostęp małego Bruce’a do telewizji był mocna ograniczony, jednak to właśnie ona rozwinęła jego zainteresowanie muzyka pop. Jego ulubionymi programami w okresie dorastanie były Jukebox Jury – teleturniej, w którym proszono różne znane osoby o opinie na temat nowości płytowych – oraz serial Doctor Who. Bohater tego ostatniego podróżował w czasie i przestrzeni walcząc z tak egzotycznymi, kosmicznymi wrogami jak Dalekowie lub Cybermeni.

„Oglądałem Jukebox Jury bo leciało w sobotnie wieczory przed Doktorem Who” – tłumaczy Bruce. „Dlatego oba te programy nierozerwalnie łączą się w mojej pamięci. Oglądając Beatlesów czy kogoś innego w Jukebox doznawałem tych samych uczuć, co widząc Cybermenów w Doktorze Who. Wszyscy jednakowo pochodzili dla mnie z innego świata. Nie interesowałem się zbytnio fantastyką, wolałem raczej prawdziwe przygody. Miałem kompletnego świra na punkcie Księżyca i kosmosu, do tego stopnia, że na wielkich kawałach tapet rysowałem plany własnego statku kosmicznego, wraz z całym wyposażeniem. To były bardzo szczegółowe plany, wiesz? Podobnie rzecz się miała z łodzią podwodną, którą zaprojektowałem mając dziewięć lat. Miała być zbudowana z zespawanych kubłów na śmieci, długa na metr. Podobał mi się pomysł mieszkania pod wodą – jak Kapitan Nemo, albo dryfowania w kosmosie – wszystko oprócz rzeczywistości. Bardzo przejąłem się pierwszym lądowaniem na Księżycu, pierwszym bezzałogowym lotem na księżyc we wczesnych latach sześćdziesiątych. Pamiętam jak próbowałem wytłumaczyć babci, że nie powinna brać gazety z opisem tego wydarzenie do zapalenia ognia w kominku. Powiedziałem: „Nie możesz jej wyrzucić”. Nie wiedziałem, co powinniśmy z nią zrobić, ale czułem, że jest zbyt ważna by rzucać ją w ogień. Takie były lata sześćdziesiąte – dorastając w tych czasach czułem, że nie istnieją granice ludzkich możliwości”.

Może tylko z wyjątkiem Sheffield, dokąd w końcu wysłano Bruce’a Bruce wieku sześciu lat, kiedy jego rodzice znaleźli wreszcie stałą pracę i dom.

„Oni nigdy nie słuchali muzyki” – mówi. „Rodzice całkowicie skupili się na zarabianiu pieniędzy. To było dziwne, bo nie mówili o niczym innym. Później odkryłem, że swoje w życiu przeszli. Pracowali kiedyś razem występując z psami, jakimiś pudlami skaczącyi przez obręcze, czy coś takiego. Mama dużo tańczyła, uczyła się w szkole baletowej, miała wspaniałą figurę i świetny wygląd. Przyznano jej stypendium w Królewskiej Szkole Baletowej, ale babcia nie pozwoliła jej wyjechać. Więc potem zaszła w ciążę i zaczęło się piekło. Taniec stał się jej biletem na wyjazd stamtąd. Wyjazd z Worksop, ze sklepu obuwniczego, ucieczkę od tego wszystkiego… To było ich inne życie, o którym, jako dziecko, nic nie wiedziałem”.

Jedyną wskazówką była stara gitara akustyczna jego ojca, na której nie grał już od dawna. „To był prawdziwy złom, ale ja byłem nią zafascynowany. Kompletna ruina, na której nie sposób było grać. Myślę, że nikomu nie udałoby się wydobyć z niej jakiejkolwiek melodii. Mi ot nie przeszkadzało, chwytałem ją i dawałem czadu, wydając potworne dźwięki i kalecząc sobie palce”.

Po przybycie do Sheffield, Bruce został zapisany do tamtejszej podstawówki, przy której Manton wyglądało jak plan serialu Beverly Hills 90210. „Nazywała się Manor Top i z tego co wiem, nadal istnieje” – mówi Bruce. „ Nie wiem jak tam jest teraz, ale za mich czasów było to istne piekło”, uśmiecha się ponuro. Jako nowy uczeń w klasie, Bruce był ciągle bity i poniżany do tego stopnia, że rodzice w końcu przenieśli go do małej, prywatnej szkoły Sharrow Vale Junior.

„W Manor Top spędziłem około sześciu miesięcy” – mówi. „Potem się przeprowadziliśmy – ciągle się przeprowadzaliśmy, żeby zarabiać pieniądze. Moi rodzice kupowali jakiś dom, remontowali go, sprzedawali z zyskiem i kupowali następny. Sporą część mojego życie spędziłem na budowie. Ale w końcu moi rodzice zaczęli porządnie zarabiać. Kupili pensjonat, a potem, zdaje się, tata kupił też jakiś podupadły warsztat i zaczął go prowadzić. Pamiętam, że zawsze sprzedawał używane samochody na tyłach hotelu…”

W wyniku nieustannych dążeń rodziców do polepszenia swoich warunków życia, Bruce jako nastolatek uczęszczał do prywatnej szkoły z internatem w Shropshire, zwanej Oundale.

„Nie miałem nic przeciwko temu” – mówi. „Nie przepadałem za towarzystwem moich rodziców, więc potraktowałem to jako możliwość ucieczki. Dali my wybór, spytali: „Jesteś pewien, że chcesz tam pojechać?”. Miałem wtedy około dwunastu lat i powiedziałem:„Czemu nie”. Myślę, że stało się tak dlatego, że nie nawiązała się między nami prawdziwa więź uczuciowa w moim wczesnym dzieciństwie, dzieciństwie także dlatego, że rodzice nie wiedzieli jak się odnosić do mnie jako osoby, nie tylko dziecka, które mieli obowiązek karmić, ubierać, chronić i edukować. Na przykład, pewnie czasami mnie przytulali, ale jakoś nigdy tego specjalnie nie odczułem. Chociaż drugiej strony, czasami zadziwiało mnie jak dobrze rozumieli pewne sprawy. Kiedyś przyłapano mnie w sklepie na kradzieży samochodziku; policjanci zabrali mnie na posterunek, przesłuchiwali i tak dalej. Kiedy masz jedenaście lat i przyłapią cię na kradzieży, gliny próbują cię jak najbardziej przestraszy, żebyś więcej tego nie robił. Mieli rację. Nieźle mnie wtedy nastraszyli i faktycznie, od tamtego czasu nigdy więcej niczego nie ukradłem. Ale pamiętam, że ojciec musiał mnie stamtąd odebrać. Myślałem, że przełoży mnie przez kolano i da niezłe lanie czy coś takiego. Wprost przeciwnie – nawet mnie o nic nie zapytał. Wyrażanie swoich najgłębszych uczuć po prostu nie leżało w naturze mojej rodziny. Kiedyś dziadek, który był poważnie chory, połknął całe opakowanie tabletek, próbując ze sobą skończyć. Ale choć dziadek mieszkał w tym czasie z nami, nikt o tym nie mówił – dziadkowie wprowadzili się wtedy do naszego pensjonatu”.

„Do pewnego stopnia jestem wdzięczny, że nie miałem tego, co zwykło się nazywać spokojnym, szczęśliwym dzieciństwem. Dzięki temu stałem się bardziej samodzielny. Wyrosłem w środowisku, które nauczyło mnie, że nic nie przychodzi bez wysiłku. Jeżeli staniesz i pozwolisz życiu toczyć się swoim trybem, wkrótce zostaniesz zmieciony z powierzchni ziemi. Taką postawę odziedziczyłem po rodzicach, którzy byli samodzielnymi, ciężko pracującymi ludźmi. Nigdy nie ustawali w swoim wysiłku. Miałem bardzo niewielu bliskich przyjaciół, naprawdę niewielu, gdyż z nikim nie znałem się zbyt długo, ciągle przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Nie sądzę również, żeby mój tata miał wielu przyjaciół. Jedyną osobą, która miała ich mnóstwo, była moja siostra, Helen, która urodziła się krótko po moim przybyciu do Sheffield. Była moim zupełnym przeciwieństwem – duszą towarzystwa. Ciągle gdzieś wychodziła i miała setki przyjaciół!”.

Prywatna edukacja Bruce’a zakończyła się nagle i niespodziewanie, kiedy, w wieku siedemnastu lat wyrzucono go ze szkoły za dość surrealistyczny występek, polegający na nasikaniu w dyrektorski obiad.

„Wszystkie moje szkolne problemy brały się stąd, że byłem kompletnym autsajderem, z czego, jako nastolatek, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę” – mówi Bruce. „Nie miałem nic przeciwko pójściu do szkoły z internatem, ale rzeczywistość okazała się gorsza niż sobie wyobrażałem – to znaczy, nie pasowałem tam i nienawidziłem jaj z całego serca. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego z chwilą przyjęcia do szkoły każdy miał raz na zawsze przypisaną jakąś pozycję, którą inni musieli zaakceptować – uważałem, że to nie w porządku. Nie mogłem się dopasować do tych chłopaków, którzy już przedtem chodzili pięć lat do szkól z internatem i cały ten system mieli we krwi. Lepiej było się im nie sprzeciwiać”.

Starsi koledzy zaczęli prześladować Bruce’a za jego odmienności. Ale nie były to przypadkowe poszturchiwanki, jak w państwowej podstawówce Manor Top. „Przypominało to systematyczne dręczenie” – wspomina teraz. „Najgorzej, że nie można było przed tym uciec. W Manor Top przynajmniej po lekcjach szło się do bezpiecznego domu”. Jego głównym prześladowcą był przełożony internatu, mierzący 1,80m osiemnastolatek, członek szkolnej drużyny kajakarskiej, „o mentalności dwunastolatka”. Bruce opowiada, że ulubionym żartem tego osiłka było „przychodzenie do jego pokoju o dziesiątej wieczorem i okładanie go poduszką na oczach wszystkich współlokatorów”. Bruce musiał znosić podobne tortury prawie każdej nocy przez cały swój pierwszy rok w szkole.

„To się powtarzało prawie co noc” – mówi, „czasami przychodziłem wieczorem do łóżka i zastawałem w nim sześć zbitych jaj, wszystko było przesiąknięte, pościel zupełnie nie nadawała się do spania… Wiem, że mogłem zadzwonić do mamy i taty, ale to by było tchórzostwo, więc nie dzwoniłem. Dowiedzieli się o tym dopiero po około półtora roku. Nie wiem dlaczego ubzdurałem sobie, że poskarżenie się rodzicom lub nauczycielom oznaczałoby zwycięstwo tych drani. A do tego nie mogłem dopuścić. Przyjąłem postanowienie – nie pozwól się pokonać nikomu. Nawet jeżeli leżysz cały skopany możesz pocieszać się myśląc „Dobra jesteście silniejsi ode mnie, możecie mnie bić ile wam się podoba, ale nie jesteście lepsi. Nie pokonaliście mnie”. Tak właśnie było ze mną. Nieraz płakałem w ukryciu, ale nigdy, przenigdy nie okazałem takiej…słabości…publicznie, bo to znaczyłoby, że naprawdę wygrali”.

Bruce wychował się jako jedynak, przenosząc się z domu do domu, ze szkoły do szkoły, a nawet od jednych rodziców do drugich. Czuł dystans nawet wobec własnej siostry – czuje go do dzisiaj – ponieważ, jak sam słusznie uważa: „Ona była zaplanowanym dzieckiem, no wiesz. A ja zacząłem rozumieć, że byłem jakimś…intruzem. Pogodziłem się z tym. Wtedy właśnie zacząłem angażować się w różne dziwne rzeczy. Pamiętam, że w szkole znienawidzonym przez wszystkich przedmiotem był kurs przysposobienia obronnego, więc postarałem się zostać pomocnikiem prowadzącego go instruktora. Miałem dostęp do ostrej amunicji, broni, wszystkich tych karabinów i temu podobnych rzeczy. Razem z jednym chłopakiem, również powszechnie nielubianym, postanowiliśmy postanowiliśmy każdą środę brać odwet, wyciskając z wszystkich ostatnie poty na zajęciach. Boże, jakie to było niebezpieczne. Zastawialiśmy na nich miny-pułapki. Nie po to, żeby kogoś skrzywdzić, tylko żeby przestraszyć. Miałem wtedy jakieś szesnaście lat. Co roku szkoła organizowała ćwiczenia wojskowe dla nauczycieli i chętnych uczniów. Noc spędzało się w jakichś opuszczonych szopach dla bydła, gdzieś w głuszy. My graliśmy rolę ‘wroga’. Urządzaliśmy akcje rodem z Parszywej Dwunastki. O czwartej nad ranem ja i ten kolega wpadaliśmy do obozu tratując namioty, w których spali nauczyciele, depcząc po nich i rozrzucając świece dymne. To była nasza słodka chwila zemsty”.

Pomysł zostania wokalistą był jeszcze dość odległy, ale pierwszy krok w tym kierunku Bruce uczynił zapisując się, w wieku piętnastu lat, do szkolnego teatru amatorskiego. „Pokochałem scenę od chwili, kiedy po raz pierwszy się na niej znalazłem” – wspomina. „Czułem się tam tak swobodnie, że zgłaszałem się do udziału we wszystkich przedstawieniach. Zagrałem w dwóch czy trzech przedstawieniach domowych oraz w licznych przedstawieniach szkolnych. Niektóre z nich nawet reżyserowałem. Uwielbiałem to. Nie chodziło mi o przebieranki, ale o pracę z tekstem. Starałem się zrozumieć o co tam naprawdę chodzi. Graliśmy Shakespeara – mieliśmy bardzo ambitny repertuar – i pamiętam, że brałem udział w przedstawieniach Makbeta i Henryka VI. Naprawdę starałem się wniknąć w tekst, zrozumieć go i zinterpretować na scenie”.

Tymczasem muzyka wciąż przewijała się, obok teatru, przez życie dorastającego Bruce’a. Podobnie jak wielu innych w latach sześćdziesiątych, wspomina on słuchanie radia tranzystorowego, ukrytego pod kołdrą, w czasie ciszy nocnej. Jako że wizyty w sklepach muzycznych były surowo zakazane, płyty stały się powszechną walutą wśród uczniów.

„Wolno nam było oglądać telewizję tylko przez godzinę tygodniowo, więc jedyną rozrywką pozostawała muzyka. Ludzie wymieniali się płytami lub je sobie odsprzedawali” – wspomina sobie Bruce. „Kiedy szło się korytarzem, z każdego pokoju dolatywała muzyka. Pewnego dnia usłyszałem te dźwięki dobiegające z czyjegoś pokoju. Wpadłem tam wołając „Kurczę! Co to jest?”. Popatrzyli na mnie z pogardą i powiedzieli: „To ‘Child In Time’ Deep Purple. Czy ty nic nie znasz?”. Byłem zbyt zachwycony by się tym przejąć. Myślałem tylko, w jaki sposób zdobyć tę płytę. Pierwszym albumem jaki sobie kupiłem był In Rock Deep Purple, porysowany jak cholera, ale dla mnie wspaniały. Od tego zaczęło się moje zainteresowanie rockiem, i wtedy też zacząłem kupować płyty. Był też ten koncert na koniec semestru, bo na koniec każdego semestru do szkoły przyjeżdżał jakiś zespół, więc trzy razy do roku mieliśmy koncert rockowy. Pierwszym, który widziałem był występ zespołu Wild Turkey. Niedługo potem czytałem wywiad z nimi w czasopiśmie Melody Maker albo czymś takim i na pytanie jak udała im się trasa, jeden z członków zespołu odpowiedział: „Tak się śmiesznie złożyło, że najlepszy koncert daliśmy w jednej szkole z internatem”. Pamiętam, że strasznie się ucieszyłem”.

Innym przełomowym momentem był występ zespołu Van Der Graaf Generator („Wokalista Peter Hammil był absolwentem szkoły; krążyła plotka, że dyrektor trzyma jego zdjęcie w biurku i wiesza je na ścianie widząc, że rodzice przyszłego ucznia noszą długie włosy!”) oraz Arthura Browna. „Właśnie wtedy ukazała się jego płyta Kindgom Come – wspaniała! To najlepszy wokalista jakiego słyszałem”.

„Wszystkie te koncerty składały się głownie z nowości, promowały muzykę z najnowszych płyt. Tyle, jeśli chodzi o muzykę na żywo. Wracając do płyt, kupiłem sobie pierwszy album Black Sabbath, In Rock Deep Purple, Aqualung Jethro Tull, Tarkus Emerson Lake and Palmer – kupowałem wszystko co się pojawiało. Byłem chyba marzeniem speców od marketingu, bo po każdym koncercie jaki widziałem, kupowałem płytę tego zespołu. Potem kupowałem płyty zespołów, które mogły mieć na niego wpływ, i tak dalej. Ale moimi ulubieńcami pozostawali Deep Purple. Uważałem In Rock za największe wydarzenia w historii muzyki!”.

Nadal jednak myśl o zostaniu wokalista nie powstała w głowie, Bruce’a. Zamiast tego chciał początkowo zostać perkusistą.

„Moim największym bohaterem był Ian Paice z Deep Purple. Po prostu chciałem nim zostać” – mówi. „Ściśle biorąc, chciałem zostać lewą stopą Iana! Niestety, nie było mnie stać na perkusję. Było w szkole kilku bogatych chłopaków, którzy mieli własne instrumenty i tworzyli rodzaj zespołu. Pamiętam, jak stałem gdzieś z tyłu podczas ich prób i myślałem sobie „Zagrałbym to o wiele lepiej od nich”. Czasami pozwalali mi na chwilę zasiąść przy perkusji, ale nie byłem w stanie nic zagrać. Mimo to wierzyłem, że potrafię grać lepiej niż oni, słyszałem tę muzykę w głowie. Robiłem sobie perkusją z książek i przedmiotów na biurku. Nie miałem pałeczek, więc brałem dwa ostrugane patyki i koncertowałem na łóżku o siódmej rano”.

W końcu Bruce dostał się do zespołu, pożyczając sobie bongosy z pracowni muzycznej i „przesiadywał w kącie hałasując bez opamiętania. Zaprzyjaźniłem się z wokalistą, chłopakiem, który nazywał się Mike Jordan. Grywaliśmy razem w gry wojenne. Mike zdobył szereg nagród za śpiewanie basem – czyli za repertuar klasyczny. Był wokalistą w zespole, ale jego wokal nijak nie pasował do rock’n’rolla. Pamiętam jak próbowaliśmy się nauczyć ‘Let It Be’; trzeba było znać tylko dwa albo trzy akordy i wszyscy dawali sobie jakoś radę. Stałem w koncie z parą bongosów i starałem się brzmieć jak John Bonham, ale ponieważ nie miałem żadnego doświadczenia, brzmiało to okropnie i przyprawiało wszystkich o ból głowy. Dźwięk przypominał konia depczącego skrzynki. Biedny Mike nie mógł dać sobie rady z wysokimi tonami, więc próbowałem mu pomóc, śpiewając razem z nim – tylko ja potrafiłem je zaśpiewać. Zawsze wydawało mi się, że umiem śpiewać, właściwie wiedziałem o tym, gdyż ktoś kiedyś słyszał jak wydzierałem się przy ‘Jerusalem’ występując w szkolnym chórze i powiedział: „Masz naprawdę dobry głos”. Pomyślałem wtedy: „Gadanie!”, ale zacząłem się nad tym zastanawiać”.

„Zaproponowałem: „Pozwólcie mi śpiewać, a przestanę znęcać się nad bongosami i pomogę wam z najwyższymi tonami w ‘Let It Be’”. Tak też się stało, a wtedy wszyscy zaczęli wołać „Do jasnej cholery! Skąd wziął mu się taki głos?”. Niestety zespół rozpadł się jakieś pięć minut później. Ale był jeszcze ten drugi chłopak, którego nikt nie lubił, a który fascynował się bluesem a BB Kingiem. Uczył się grać bluesa na gitarze akustycznej, a ja mu towarzyszyłem. Nazywał się Nick Bertram. Zdobył śpiewnik BB Kinga i zaczęliśmy próbować te wszystkie standardy bluesowe, on grał na gitarze a ja śpiewałem. Potem wyleciałem ze szkoły za to słynne sikanie w dyrektorski obiad…”

A tak, znowu, z kronikarskiego obowiązku…

„Dyrektor, wicedyrektor, przełożony internatu oraz inni członkowie władz szkolnych wydawali uroczysty obiad z okazji otwarcia nowego skrzydła internatu. Obiad przygotowywali starsi uczniowie. Skończył im się olej i chcieli pożyczyć go w naszym internacie. Pomyśleliśmy sobie z tym moim kolegą, że, hm, pomożemy im. Zdaje mi się, że byliśmy trochę wstawieni i faktycznie odrobinę uzupełniliśmy zawartość butelki. Na piętrze znajdował się bar dla starszych uczniów, więc poszliśmy, wypiliśmy kilka piw i zaczęliśmy pokładać się ze śmiechu. Ktoś spytał, czemu się tak śmiejemy, więc wyjaśniliśmy mu. Następnego dnia wiedziała o tym cała szkoła. Najgorsze w tym wszystkim było czekanie na ojca, który miał zabrać mnie stamtąd samochodem. Ale moi rodzice nie odezwali się ani słowem na ten temat, tak samo jak wtedy, kiedy ukradłem w sklepie samochodzik. Zabrali mnie, nie pytając o nic i nigdy więcej tym nie wspomnieli. Myślałem sobie: „Czy oni, do cholery, nie zamierzają nic powiedzieć?” Ale w końcu zapomnieliśmy o wszystkim, a następne sześć miesięcy okazało się dla mnie bardzo pożyteczne”.

Po powrocie do Sheffield, Bruce zapisał się do tamtejszego ogólniaka. „Podobało mi się tam. Było wspaniale. Wszyscy byli tacy…normalni. No i chodziły tam dziewczyny. Początkowo czułem się onieśmielony, myślałem: „Kurczę, kiedy zaczną ze mną rozmawiać?”. Potem chyba pierwszego tygodnia w tej szkole, usłyszałem rozmowę dwóch chłopaków: „Co robimy z jutrzejszą próbą? Wokalista odszedł, i co teraz?”, przecież ich zespół działał tylko w domu jednego z nich, i mieli tylko gitarę akustyczną. Co powinienem zrobić? W końcu zaproponowałem, że mogę z nimi zaśpiewać. Ucieszyli się i natychmiast przyjęli mnie do zespołu. Kiedy poznałem wszystkich członków zespołu, okazało się, że ich perkusistą jest chłopak z mojej starej szkoły. Próby odbywały się w garażu jego ojca – perkusja, bas i dwie gitary – bardzo przypominali Wishbone Ash, gdyż nauczyli się całego Argusa, nuta po nucie. Nauczyłem się kilku tekstów, a oni byli zachwyceni, że nareszcie mają prawdziwego wokalistę. Powiedzieli, że naprawdę potrafię śpiewać. Wtedy pomyślałem, że powinienem sobie kupić mikrofon…”

Bruce wspomina kupowanie pierwszego mikrofonu. „Czułem się jak lump kupujący pornosa, to było takie dziwne. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał czy jestem wokalistą, zaprzeczałbym i czym prędzej uciekł ze sklepu. Bałem się ośmieszyć. Postanowiłem nie przyznawać się, dopóki nie będę potrafił wyśpiewać każdej nuty tak jak Ian Gillan. Wcześniej nie chciałem nazywać siebie wokalistą, a nie wiedziałem jeszcze czy potrafiłbym to zrobić”.

Miał się o tym dowiedzieć wkrótce.

„Nasz pierwszy koncert odbył się w działającym do dzisiaj w Sheffield miejscu, zwanym Broad Fallen Tawern. Zespół nazywał się Paradox, ale mi się to kompletnie nie podobało, więc zaproponowałem, żeby wybrali jakąś wielką, mityczną nazwę, jak Styx. Zgodzili się i tak zostało. Oczywiście nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w Stanach istnieje już znany zespół o tej nazwie. Byliśmy kompletnymi ignorantami. Ale nasz zespół i tak wkrótce się rozpadł – tyle tylko, że miałem już swój własny mikrofon i wzmacniacz. Pomyślałem sobie, że mogą mi się przydać gdzie indziej”.

Kiedy w wieku osiemnastu lat Bruce ukończył szkołę, z bardzo dobrymi wynikami z angielskiego, historii i ekonomii, zastanawiał się nad pójściem w ślady ojca i zaciągnięciem się do wojska. Kilka miesięcy wcześniej wstąpił nawet do Wojsk Obrony Terytorialnej. Ojcu bardzo podobał się pomysł kariery wojskowej syna.

„Tak naprawdę nie wiedziałem, co chcę robić” – przyznaje Bruce. „Ale skoro wróciłem do domu, pomyślałem „Pieprzę to, wstąpię na sześć miesięcy do Obrony Terytorialnej”. Dobrze się tam bawiłem, ale zdawałem sobie sprawę, że moje wyobrażenia o wojsku, jako o chodzeniu z karabinem jak jakiś Rambo i strzelaniu wokoło, mijają się z prawdą, i że w wojsku jest tyle samo idiotów co wszędzie, wszędzie może nawet więcej. Nie chodzi mi o facetów z mojego oddziału, bo byli naprawdę świetnymi kumplami. Wyjeżdżaliśmy razem do lasu, kopaliśmy masę dziur, mokliśmy na deszczu, męczyliśmy się, a potem wracaliśmy i upijaliśmy się jak świnie. Nigdy przedtem nie widziałem facetów, którzy upijaliby się do tego stopnia i wyrabiali tak okropne rzeczy. Nigdy też nie widziałem tylu ‘łatwych kobiet’. To znaczy, ja nic z nimi nie robiłem, bo nie miałem pojęcia jak się do tego zabrać. Pamiętam jak jedna z nich chciała mnie poderwać, a ja przez cały wieczór nie robiłem nic innego tylko grałem w rzutki. Nie wiedziałem, co powinienem z tym wszystkim zrobić. Ale w końcu zrozumiałem, że nie jest to dla mnie zajęcie na całe życie, a raczej jakaś forma rozrywki. Na krótką metę to było dobre wyjście, bo nie byłem jeszcze pewien, co naprawdę chcę robić. Zostanie wokalistą rock’n’rollowym wydawało się jedną z wielu nierealnych fantazji’.

Tymczasem, Bruce zapisał się na Uniwersytet i zaczął studiować historię w Queen Mary College na londyńskim East Endzie.

„Pierwszy raz w życiu miałem się znaleźć w Londynie. Rodzice martwili się, co będę tam robił. Powiedziałem, że nadal mam zamiar wstąpić do wojska, ale najpierw chcę zdobyć dyplom. Wiedziałem, że właśnie to chcą usłyszeć, więc przygotowałem sobie tę historyjkę na wszelki wypadek. Kiedy tylko znalazłem się w Londynie, natychmiast zacząłem szukać zespołów i grać w nich. Spotkałem faceta o nazwisku Noddy White, który wyglądał zupełni jak Noddy Holder ze Slade. Pochodził z South Endu i był po trosze gitarzystą, po trosze basistą, klawiszowcem, kompozytorem, wszystkim na raz. Miał mnóstwo sprzętu, wzmacniacze. Pomyślałem „Człowieku, do jasnej cholery, załóżmy zespół!”.

Zespół nazywał się Speed – „nie żebyśmy brali prochy, byliśmy całkowicie wolnym od narkotyków zespołem, po prostu graliśmy wszystko w zawrotnym tempie!” – robili próby tak często jat tylko Bruce’owi udało się nakłonić Noddy’ego do rozstawienia sprzętu.

„Poprosiłem Noddy’ego, żeby udzielił mi kilka lekcji gry na gitarze i od razu zacząłem pisać” – mówi. „Nauczył mnie trzech akordów, więc komponowałem utwory z tych trzech akordów. W tym czasie na East Endzie panował punk. Zaangażowałem się w pracę Komitetu Rozrywki mojego college’u i z tego powodu bywałem raz członkiem ekipy technicznej The Jam, innym razem budowałem scenografię dla Hawkwind, i tym podobne. Pamiętam, że występował u nas Ian Dury And The Blockheads, a Sex Pistols dali kilka półtajnych koncertów. Potem my zaczęliśmy koncertować. Pożyczaliśmy mikrobus college’u, wystawialiśmy wszystkie siedzenia, pakowaliśmy sprzęt i ruszaliśmy do pubu Green Man w Plumstead. Byliśmy tam całkiem nieźle przyjmowani, a ja zyskałem pierwsze doświadczenie w występowaniu przed publicznością. Nasz zespół nie przetrwał zbyt długo, tak jak zwykle studenckie grupy, ale był dobrym doświadczeniem”.

Jednak nie dość dobrym. Chcąc poszerzyć repertuar, Bruce, ujrzawszy Melody Maker ogłoszenie – „Potrzebny wokalista na sesję płytową” – natychmiast na nie odpowiedział, chociaż nigdy wcześniej nie był studiu nagraniowym. Poradzono mu wysłać taśmę próbną z nagraniem swojego głosu, więc „jęczał, wył, wrzeszczał i hałasował ile wlezie”, a następnie wysłał nagranie z notatką: „Przy okazji, jeżeli nie spodoba wam się śpiew, z drugiej strony jest niezły kawałek Johna Cleese’a”. Taśma wróciła, a facet, który ją przysłał, powiedział, że Bruce ma naprawdę interesujący głos i zaprosił go do studia. „Poszedłem tam i nagrałem utwór ‘Dracula’ dla mało znanej grupy Shots, której podstawę stanowił facio o nazwisku Phil Shots i jego brat Doug. Bóg wie co się z tym później stało, ale Doug strasznie się nim zachwycał, gdyż nagraliśmy głos na kilku ścieżkach, tworząc czterogłosową harmonię. Nie mógł uwierzyć, że nigdy wcześniej nie nagrywałem. Zaczęliśmy rozmawiać i spytał mnie, jakiej muzyki słucham. Oczywiście zacząłem od Iana Gillan, Iana Andersena i Arthura Browna… Wtedy Doug przypomniał sobie: „To jest to! Pieprzony Arthur Brown, człowieku! Czasami twój głos przypomina Arthura!” Powiedział, że musimy stworzyć zespół. Zaimponowało mi, że facet, który posiada studio chce ze mną grać. Zgodziłem się z radością”.

Bruce zaczął koncertować z Shotsami „głownie w pubach, gdzie nikt nas tak naprawdę nie słuchał” aż do pewnego wieczora, kiedy, wkurzony, zaczął półżartem krytykować klientów za brak zainteresowania muzyką. Spotkało się to z tak pozytywną reakcją, że powtarzał swoje żarty co wieczór, aż stały się regułą.

„Grywaliśmy w pubach, dla kilku osób, staraliśmy się robić to jak najlepiej ale nikt nie zwracał na nas uwagi” – mówi. „Wpadłem na pewien pomysł – przerywałem utwór w połowie i wybierałem jednego z widzów. „Hej ty, tak ty grubasie! Popatrzcie na niego, czy wszyscy na niego patrzą? Dobra, jak masz na imię? Masz jakieś imię?” Po prostu ich rozśmieszałem, i nagle wszyscy się zainteresowali, bo każdy mógł być następny! Potem, zanim facet zdążył odpowiedzieć zaczynaliśmy następny utwór – z tą różnicą, że teraz wszyscy nas słuchali. Kiedy zrobiłem to po raz pierwszy, właściciel pubu był zachwycony i zaprosił nas na następny tydzień, więc włączyliśmy ten numer do naszego występu. Wtedy właśnie zacząłem zdawać sobie sprawę, co to znaczy być nie tylko wokalistą, ale też frontmanem. Później dowiedziałem się, że wielu potrafi śpiewać, ale gdy przyjdzie im stanąć na scenie i nawiązać kontakt z tłumem, po prostu nie dają sobie rady. Nie wiedzą jak to robić. To była ważna rzecz, której dowiedziałem się o mojej pracy”.

Jednak pierwszy prawdziwy przełom w życiu Bruce’a nastąpił, kiedy członkowie zespołu Samson niespodziewanie zjawili się na koncercie Shotsów w Maidstone w 1978 roku. Zespół ten, utworzony wokół urodzonego w Sidcup gitarzysty, Paula Samsona, miał już na swoim koncie album Survivors wydany przez niezależna wytwórnię Lazer i wywołał spore zainteresowanie w prasie. Zespół wymieniano, obok Iron Maiden, Salon i Aniel Witch, jako jedną ze wschodzących gwiazd rozkwitającego wówczas NWOBHM. Najbardziej znani byli jednak z tego, że ich perkusista, Thunderstick (prawdziwe nazwisko: Barry Puriks) zawsze nosił na scenie skórzaną maskę S&M. (To ten sam fan Kiss, który występował z Maidenami w początkach ich kariery.)

„Widzieli nasz koncert, a potem odbyliśmy pogawędkę. Zapytali się, czego słucham, więc odpowiedziałem, że podobają mi się Purple, Sabbath i Tull, ale chciałbym robić coś jeszcze bardziej niezwykłego. Niezwykłego tamtym czasie koncerty Shotsów zaczynały przypominać teatralną farsę, scenografia zupełnie przyćmiła muzykę. Natomiast Thunderstick był gorącym zwolennikiem zespołu Heavy Metal Kidz i porównywał mnie do młodego Gary’ego Holtona, wokalisty Kidzów. Bardzo mu się mój występ podobał. Jaj jednak uważałem, że stać mnie na więcej. Paul Samson zostawił mi swój numer telefonu i powiedział mnie więcej tak: że mają kontrakt płytowy, ale potrzebują nowego wokalisty, i że chcą żebym ja nim został. Było to na około dwa tygodnie przed moim końcowym egzaminem z historii, więc odpowiedziałem: „Dobra, chętnie z wami zagram, ale musicie dać mi parę tygodni czasu. Załatwię tylko egzaminy i jestem wasz.”

Właściwie zdobycie dyplomu nie było dla Bruce’a niczym ważnym – do chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że jeżeli nie odstawi na bok swojej pozanaukowej działalności, przynajmniej na jakiś czas, może, ogólnie rzec biorąc, wylecieć ze studiów.

„Przebalowałem na uniwerku dwa lata totalnie wszystko olewając” – przyznaje Bruce. „Piem, umawiałem się z dziewczynami, słowem – wesoło spędzałem czas. W końcu chcieli mnie wylać za niepłacenie czesnego, gdyż całe stypendium wydałem na zakup wzmacniacza dla zespołu, i musiałem ukrywać się przed inspektorami nasyłanymi przez władze uczelni. Zresztą, mieli dość powodów, żeby mnie wyrzucić, bo oblałem wszystkie egzaminy na drugim roku. Z drugiej strony, działałem w organizacji studenckiej, w sekcji rozrywki, a w tych czasach miało to spore znaczenie. W końcu dali mi jeszcze jedną szansę, a ja w ciągu dwóch tygodni napisałem sześć długich esejów, co normalnie zabiera ludziom pół roku. Dostałem dobre oceny i pozwolili mi zostać. Potem, na sześć miesięcy przed dyplomem, pomyślałem, że skoro wytrwałem aż dotąd, wstydem byłoby nie pójść do biblioteki i nie dowiedzieć się czegoś na temat tej całej historii”.

Wkuwając jak szalony w ostatnich kilku tygodniach przed końcowym egzaminem, Bruce zdołał nauczyć się materiału na ocenę pozytywną – „Dostałem to samo co wszyscy”. Prosto z egzaminu wyruszył na pierwszą próbę z Samsonem, ale był to zbyt duży wysiłek, nawet dla kogoś tak niezmordowanego jak Bruce. „W zasadzie te pierwsze próby z Samsonami przesądziły o mojej roli w grupie”. Dla Bruce’a nastąpił, jak to teraz żartobliwie określa, „okres narkotykowy”. „Nigdy tak naprawdę nie przepadałem za prochami. Po prostu dość dużo wtedy piłem. Ale poszedłem tam i zobaczyłem, że basista za wzmacniaczem wciąga sobie działki, Paul pali marychę, a perkusista naładował się lekami uspakajającymi. Wcześniej, zaraz po egzaminie byłem w pubie, więc możecie sobie wyobrazić co się wtedy działo. Thunderstick był tak naćpany, że spadł ze swego stołka. Na szczęście tuz za nim była ściana, więc oparliśmy go o nią i jakoś zdołał grac dalej. Nie miałem pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Wiedziałem, że Thunderstick lubi Kiss, a Paul – Leskiego Westa i Mountain oraz ZZ Top. Ja natomiast uwielbiałem Deep Purple, stanowiliśmy więc niezłą zbieraninę”.

Nie w pełni świadom konsekwencji, Bruce postanowił „po prostu się w to włączyć i zrobić tyle ile się da. Jeśli wszedłeś między wrony…i tak dalej. Zostawiłem dziewczynę, z którą chodziłem przez trzy lata spędzone na uczelni. Powiedziałem jej, że zmieniam się w kompletnego dupka. Myślałem, że muszę tak zrobić, szczerze, żeby porozumieć się z chłopakami z zespołu. Ponieważ wszystko było inaczej niż się spodziewałem. W mojej naiwności myślałem, że ludzie z rockandrollowych kapel to prawdziwi artyści, toteż zaskoczyło mnie, że tak nie jest, że nie mają nawet podobnych aspiracji. No, może niektórzy mieli. Ale innych, tak jak Samsona, przerażała sama myśl o tym. Zależało im tylko na tym, żeby się porządnie napić, naćpać i napieprzyć. Dla mnie to był prawdziwy szok. Pomyślałem, że skoro mamy razem pracować i tworzyć muzykę, muszę ich rozgryźć i postanowiłem sam się  przekonać o co chodzi w tym całym ćpaniu i pieprzeniu”.

Ale Bruce nigdy nie brał „twardych” narkotyków. Jeżeli chodzi o nielegalne używki, jego najgorszym przestępstwem było palenie marihuany.

„Kiedyś trochę paliłem” – przyznaje. „Ktoś w college’u namówił mnie na skręta. Poczułem się dziwnie, ale spodobało mi się, wiecie jak to jest. Potem, w Saksonie, wpadłem już w nałóg. Paul codziennie palił trawę, a ja szybko się zorientowałem, że na trzeźwo z nikim nie mogę się porozumieć. Skoro tak, to pomyślałem, że lepiej zapalić tego skręta, czy dwa, bo inaczej nie zdołam niczego napisać. I tak się zaczęło. W pewnym sensie było to z mojej strony poświęcenie. Tak jakbym na dwa, trzy lata, stał się kimś innym, kim naprawdę nie jestem, po to żeby zostać prawdziwym wokalistą. Myślałem, że to po prostu cena jaką muszę zapłacić. Szczerze mówiąc, wierzyłem wtedy, że wszystko co robię, jest kolejnym krokiem prowadzącym mnie do celu, jakim było bycie wokalista w zespole rockowym. Każdy powinien mieć w sobie taka wiarę. Przynajmniej ja miałem”.

Bruce musiał pogodzić się z wieloma rzeczami, żeby do czegoś dojść. Nawet głupim przezwiskiem, jakim obdarzyli go członkowie zespołu – „Bruce Bruce”. Beznadziejne echo z jakiegoś starego dowcipu Monty Pytona. „Ciągle wystawiali mi jakieś niewiele warte czeki, specjalnie po to tylko, żeby ze mnie zakpić” – wspomina niechętnie. „Jednym z ich ulubionych kawałków było wystawianie czeków na nazwisko Bruce Bruce. Wkurzało mnie to, ale przyjąłem, że to taki pseudonim sceniczny”. Bruce wydał s Samsonem dwie płyty, na które większość utworów napisali głównie z Paulem. Były to: Head On, wydana w 1980 roku przez wytwórnię Gem i Shock Tactics, wydana przez RCA po bankructwie Gem, w 1981 roku. Żaden z albumów nie wykorzystuje talentu wokalnego Bruce’a w taki sposób, jak słychać to na jego płytach z Maidenami , ale według standardów wczesnych lat osiemdziesiątych, oba są dobrymi, solidnie nagranymi albumami rockowymi. Żaden z nich nie dostał się na szczyty list przebojów, ale też nie były one produktami wielkich wytwórni płytowych jak płyty Maiden. Wyglądało na to, że Samson miał talent, ale być może, nie miał szczęścia.

„Myślę, że Head On mógł być naprawdę dobrym albumem” – mówi Bruce. „Żałuję, że nie mieliśmy porządnego producenta, bo było tam kilka naprawdę dobrych kawałków. Śmiesznie się złożyło, bo kiedy później rozmawiałem o tym z Rodem Smallwoodem, Rod przyznał, że według niego, Samson był wtedy jedynym poważnym rywalem Maiden. Powiedział też, że bardzo mu zależało, by Maideni pokonali Samsona, ponieważ kiedyś, zanim wstąpiłem do zespołu, członkowie Samsona obrazili ich w jakiejś sprzeczce. Rod nigdy im tego nie wybaczył. Znając ich, jest to bardzo prawdopodobne”.

Zaklasyfikowani jako NWOBHM, Bruce wraz s Samsonem wkrótce znaleźli się na afiszach obok Praying Mantys, Angel Witch i oczywiście Iron Maiden.

„Powstał wtedy ruch zwany Krucjatą Na Rzecz Heavy Metalu, w którym brali udział Maideni. Składało się na niego kilka zespołów, które wspólnie jeździły co tydzień na koncerty do Music Machine w Cambden. Kierownictwo Samsona utrzymywało, że pomysł pochodził od nich, dlatego nazwa zespołu zawsze widniała na plakatach. Był tam też Saxon i Angel Witch – wszystkie zespoły które znalazły się na składance Metal For Muthas nagranej dla EMI. Tak to funkcjonowało, raz lepiej, raz gorzej, i wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że istniej jakiś, hm…ruch. Po raz pierwszy usłyszałem Maiden chyba właśnie w Music Machine, około 1980 roku. Właściwie to my mieliśmy być główną gwiazdą tego koncertu, ale kiedy oni weszli na scenę razem z całą bandą z Ruskin Arms, ludzie wprost oszaleli na ich punkcie. Pamiętam jak stałem z tyłu, obserwując ich, dając ponieść się otaczającej ich atmosferze i pomyślałem: „To przecież Deep Purple!”. To było pierwsze skojarzenie jakie mi przyszło do głowy – czyste Deep Purple. Był tam Davey Murray, grający pod wpływem Ritchiego Blackmore’a, miał Strata i bardzo długie włosy…a perkusista brzmiał jak Ian Paice – to znaczy jak jego dalekie echo! Nie zwróciłem wtedy uwagi na basistę, ale przyjrzałem się wokaliście, Paulowi, i zastanawiałem się co on tam właściwie robi…”

„Obserwowałem ich, byli dobrzy, naprawdę cholernie dobrzy. Pamiętam, pomyślałem wtedy, że chciałbym do nich należeć. A raczej, że będę do nich należeć. Wiem, że będę. Nie próbowałem nawet znaleźć drogi dojścia do nich, po prostu czułem, że to nieuniknione. Myślałem sobie czego mógłbym z nimi dokonać, ponieważ zawsze byłem wiernym fanem Purple, a Maiden jawili mi się jako drugie Deep Purple – nie tacy sami w sensie muzycznym, ale wywoływali podobny dreszcz emocji. Pomyślałem, że to właśnie z nimi powinienem grać, nie z Samsonem. Paul był wobec nich bardzo krytyczny. Myślę, że był trochę zazdrosny, ale także naprawdę nie podobało mu się ich brzmienie. Nie rozumiał go. Ale przypominam sobie, że mieliśmy taką jedną fankę, nazywaliśmy ją Flanelowe Cycki. Myślę, że kręciła się także koło chłopaków z Maiden – robiła taki numer z ocieraniem się cyckami o koniuszek fiuta – pamiętam, że kiedyś przyniosła taśmę z nagranym koncertem Maiden, prosto ze stołu mikserskiego. Włączyła to, a wtedy aż zaniemówiłem z wrażenia. W porównaniu do nich, Samson wydawał się kiepskim żartem. Nigdy nie wychodziło nam utrzymanie tempa, a oni trzymali je równo”.

Ogólnie biorąc, „kierunek jakim zmierzali”, a nie nagrany materiał, wydał się Bruce’owi w Maiden najciekawszy. Twierdzi on: „nie znałem zbyt dobrze albumów, ale najbardziej porywały mnie ich występy na żywo. Znaczy, słuchałem ich utworów i niektóre były świetne. Na przykład ‘Prodigal Son’ i ‘Remember Tomorrow’. Co do jego poprzednika w zespole, „Paul zawsze dobrze brzmiał na płytach, ale kiedy przyszło grać na żywo – kiedy zespół wypruwał z siebie flaki na scenie – a on powinien stanąć na szczycie, zdominować ich, nic takiego się nie działo”.

Następne spotkanie Bruce’a z zespołem, który miał go kiedyś uczynić sławnym, miało miejsce rok później, kiedy Samson nagrywał Shock Tactics w studiu, obok którego Maiden nagrywali Killers.

„W Morgan Studios był bar, w którym się wszyscy spotykaliśmy. Producentem ich albumu był Martin Birch – mój idol. Martin wyprodukował prawie wszystkie moje ulubione płyty i samo spojrzenie na niego było sporym przeżyciem. Był tam też Clive Burr, który grał w Samsonie przede mną. Wpadał do nas od czasu do czasu, a my odwiedzaliśmy jego. W każdym razie byłem tam pewnego wieczoru, kiedy właśnie skończyli miksować. Clive zaprosił nas, żebyśmy czegoś posłuchali. Włączył głośniki na maksa, a potem stanął z tyłu pijąc piwo. Pamiętam, jak tego słuchałem – myślę, że było to ‘Murders In The Rue Morgu’ – i byłem naprawdę pod wrażeniem. Pierwszy album Maiden wydał mi się nic nie warty, ale kiedy usłyszałem Killers, pomyślałem, że to właśnie to. Oczywiście krytykom się on nie podobał, ale wszyscy inni uważali, że tak powinni trzymać”.

Jak na ironię, Samson miał występować z Maidenami jako zespół towarzyszący podczas ich tournee po Europie 1981 roku, poprzedzającym decyzję o zwolnieniu Paula. „Na programach trasy Killers umieszczono nawet z tyłu reklamę Shock Tactics” – przypomina sobie Bruce. „Ale wycofaliśmy się w ostatniej chwili, ponieważ wytwórnia nie chciała nam zapłacić, czy coś takiego. Nie jestem pewien zresztą, jaki był powód, ale w każdym razie zrezygnowaliśmy dosłownie w ostatnim momencie. Tak więc Samson, za mojej w nim bytności, nigdy nie wystąpił poza Wielką Brytanią”.

Wtedy właśnie drogi Bruce’a Bruce’a i Samsona zaczęły się rozchodzić. Ich wytwórnia płytowa, Gem, upadła i Shock Tactics dostało się w ręce RCA, „którą gówno obchodził jakiś mało znany angielski zespół. Zależało im tylko na zysku”. Rozczarowani podejściem swojego kierownictwa, członkowie Samsona zrezygnowali z ich usług, a wtedy niespodziewanie znaleźli się w jeszcze większych tarapatach. „Postępowaliśmy nierozważnie, ale to dlatego, że byliśmy kompletnie zaskoczeni” – wyjaśnia Bruce. Na mocy nakazu sądowego stopniowo odbierano im sprzęt. Działo się to podczas trwania trasy koncertowej, tak że nie mogli nawet legalnie przyjmować zapłaty za koncerty. „To był koniec, w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale my po prostu nie chcieliśmy się z tym pogodzić” – mówi Bruce.

Wkrótce jednak nadarzyła się okazja odbudowania słabnącej reputacji, kiedy zespołowi zaproponowano występ na festiwalu w Reading. „Uchwyciliśmy się tej ostatniej deski ratunku. Występowaliśmy w Reading już po raz drugi i poszło nam naprawdę dobrze, dostaliśmy przychylne recenzje i tak dalej. Istnieje nawet płyta z nagraniem tego koncertu [Live At Reading 81] i brzmi to naprawdę dobrze. Ale w zespole zaczęło dziać się coś dziwnego. Paul stawał się coraz bardziej zainteresowany stworzeniem nowego zespołu, bardziej w stylu ZZ Top, co też zrobił natychmiast po moim odejściu. Miał już wtedy nowego menadżera, który prowadził negocjacje z A&M w sprawie kontraktu – doszło do tego, że zrobiono nam zdjęcia reklamowe dla A&M. Ale wtedy zdecydowałem się odejść z Samsona”.

Decyzję przyspieszyło obecność Reading pewnego wysokiego mieszkańca Yorkshire…

„Paul nadal był w zespole, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że coś jest nie tak” – mówi Bruce. „Kiedy zszedłem ze sceny tamtego dnia w Reading, wszyscy wiedzieli, że coś wisi w powietrzu. Krążyły pogłoski, że zamierzam wstąpić do Rainbow. Pewnego razu ktoś zadzwonił do mnie w środku nocy, był to chyba ktoś z ekipy Ritchiego, pytając czy mam wolną chwilę. Odpowiedziałem, że tak, oczywiście, że Ritchie jest moim ulubionym gitarzystą. Ale potem się już nie odezwał. Następnie dowiedziałem się, że Rod i Steve pojawili się za kulisami. Podobno przyjechali wtedy z południowej Francji, specjalnie po to, żeby zobaczyć Samsona. Oczywiście nie miałem pojęcia, co nimi kierowało, że Rod ciągle się wahał. Podobno Steve uważał, że mam świetny głos, ale Rodowi nie podobało się, że jestem członkiem Samsona – zespołu, który tak mu podpadł. Ale później Rod przyszedł ze mną porozmawiać”.

„W Reading jest taki placyk otoczony budami z piwem i żarciem. Na środku stoi wysoki słup, na którym są umieszczone lampy i reflektory. No więc staliśmy tam na środku, sami, w świetle reflektorów, a wszyscy się na nas gapili. Spytałem Roda, czy naprawdę chce tutaj rozmawiać, ale jemu to nie przeszkadzało. Rozmowa nie była łatwa. Rod sprawiał wrażenie, jakby mi robił łaskę, zgadzając się na przesłuchanie. Ja natomiast byłem bardzo pewny siebie i postawiłem warunek, że jeśli przesłuchanie wypadnie dobrze, przyjmą mnie do zespołu. Rod nie chciał niczego obiecywać i zaprosił mnie do hotelu”.

„Nigdy nie przepadałem za Samsonem” – twierdzi Steve Harris, „ale zawsze uważałem, że mają dobrego wokalistę. A ponieważ od początku mieliśmy problemy z Paulem, obserwowałem różnych wokalistów. Po prostu miałem przeczucie, że Paul może nas kiedyś zawieść i będziemy potrzebowali kogoś w zamian. Słyszałem Bruce’a kilka razy kiedy występował a Samsonem i pomyślałem, że naprawdę ma dobry głos i potrafi poderwać publiczność. Brzmiał trochę jak Ian Gillan. Kiedy już byłem pewien, że musimy się pozbyć Paula, Bruce był jednym z pierwszych których pomyślałem. Rodowi nie spodobał się ten pomysł, wciąż nie mógł wybaczyć Samsonowi tamtych obelg, ale mi było wszystko jedno. Po prostu uważałem, że facet ma wspaniały głos. Powiedziałem wyraźnie, że chcę go mieć w zespole. Pojechaliśmy więc do Reading, żeby mu się przyjrzeć i dowiedzieć się czy jet zainteresowany”.

Bruce przyszedł na przesłuchanie do Sali prób w Hackney następnego dnia.

„Z chwilą kiedy tam wszedłem, zorientowałem się, że jest to coś zupełnie innego niż wszystko co dotąd znałem. Oni mieli profesjonalną ekipę techniczną, monitory, transport – wszystko. Pomyślałem, że nareszcie skończy się palenie trawy z tyłu autobusu podczas tras koncertowych. Co prawda było wprost przeciwnie ale praca z nimi bardzo różniła się od tego co znałem z poprzednich zespołów. Powiedziałem sobie: „Teraz będziesz grał z dużymi chłopcami, więc musisz zastosować się do ich reguł”. I było w porządku. Wcześniej spotkałem już Steve’a kilka razy, odbyliśmy kilka rozmów, ale nie wpłynęły one na mnie w jakiś znaczący sposób. Nie uważałem go ani za mesjasza, jakim go widzieli niektórzy, ani za potwora, jak chcieli inni. Uważałem go za sympatycznego, przyjacielskiego faceta. Muszę jednak przyznać, że ta cała atmosfera otaczająca Maiden wydawała mi się nieco duszna i megalomańska. Zastanawiałem się, czy to jest naprawdę potrzebne. Ale widocznie było, gdyż stwarzając odpowiednią aurę można przyciągnąć do siebie ludzi, fanów i popleczników w biznesie. Szacunek zyskujesz wtedy, kiedy go wymagasz. A oni go właśnie zdobyli”.

„Zacząłem przesłuchanie od wykonania ‘Prowlera’, ‘Sanctuary’, ‘Running Free’ i ‘Remember Tomorrow’. Potem przeszliśmy do ‘Murders In The Rue Morgue’ i kilku innych kawałków, ale wtedy wszystko było już jasne. Wszyscy od razu wiedzieli co jest grane, naprawdę. Potem chcieli mnie zabrać do studia, żeby się przekonać jak mój głos zabrzmi w tamtych warunkach. Steve zadzwonił do Roda, żeby ten załatwił studio na dzisiejsze popołudnie. Zwrócił się do mnie, pytając, czy się zgadzam, a ja odparłem: „Czemu nie, zróbmy co mamy zrobić od razu”. Poszliśmy więc do studia i nagraliśmy cztery utwory. Trochę tam pododawałem od siebie i kątem oka widziałem, że Rod kręci się nerwowo, ale inni kazali mu się zamknąć. I to było na tyle. Wyszliśmy potem zaśmiewając się hałaśliwie, a ja byłem już członkiem Iron Maiden!”

Razem z Maiden Bruce nagrał siedem studyjnych albumów: The Number Of The Beast 1982, Piece Of Mind 1983, Powerslave 1984, Somewhere In Time 1986, Seventh Son Of A Seventh Son 1988, No Prayer For The Dying 1990 i Fear Of The Dark 1992. Wszystkie te płyty dotarły do pierwszej trójki najlepiej sprzedających się płyt w Wielkiej Brytanii, a The Number Of The Beast, Seventh Son Of A Seventh Son oraz Fear Of The Dark zajęły pierwsze miejsca. Zespół nie raz został okrzyknięty najlepszym metalowym zespołem świata, a jego członkowie byli rozpoznawani nawet przez ludzi, którzy nie słuchali ciężkiej muzyki. Jednym słowem Maiden dotarli na szczyt.

Ale Bruce zaczął snuć własne plany. "Zawsze myślałem o sobie jako o kimś więcej niż tylko wokaliście Iron Maiden" - mówi, i od 1990 roku ten sposób myślenia znajdował potwierdzenie w rzeczywistości. Wystarczy wspomnieć o solowym albumie Tattooed Millionaire, który odniósł znaczny sukces, dwóch napisanych przez niego powieściach o Lordzie Iffy Boatrce oraz o przeróżnych programach telewizyjnych i radiowych w których uczestniczył (od prezentera MTV do twórcy filmów dokumentalnych nagrywanych przez stację BBC).. W wolnym czasie nie tylko nadal brał udział, ale nawet wygrywał turnieje szermiercze na całym świecie. Poza tym, podobnie jak perkusista Maiden Nicko McBrain, zdobył licencję pilota. Kiedy już miał za sobą sukces swojego pierwszego solowego albumu, coraz bardziej zaczynał myśleć o sobie w kategoriach pana swego losu i coraz bardziej zaczynał odczuwać opór, gdy musiał "ograniczać się do dopasowywania się do reguł, obowiązujących w Iron Maiden".

Pomimo sukcesu jaki odniósł Fear Of The Dark oraz triumfalnego drugiego występu zespołu w Donington, Bruce, krótko mówiąc, był "znudzony i rozpaczliwie szukałem czegoś innego dla mnie". Wiedział, że czeka go niebawem chwilowe bezrobocie zanim Steve Harris skończy pracę nad miksowaniem nagrań koncertowych, więc kiedy przedstawiciel Sony zapytał się, czy Bruce miałby ochotę na zrobienie następcy Tattooed Millionaire, nie musiał powtarzać pytania.

"Sony, moja wytwórnia płytowa w Stanach, dość jednoznacznie dawała mi do zrozumienia, że chcą następny album" - mówi Bruce, "a właśnie miała być ta duża przerwa w środku trasy na miksowanie albumu koncertowego. Pisałem wtedy bardzo dużo i wypożyczyłem zespół Skin (koledzy po fachu z Sanctuary) jako zespół akompaniujący. Udało nam się już nawet nagrać podkład, kiedy manager Maiden - Rod wziął mnie na stronę i powiedział: "Słuchaj, jeśli zamierzasz nagrać solową płytę, to nie nagrywaj tak po prostu jakiejś płyty, ale nagraj cholernie dobrą solową płytę". I zdałem sobie wtedy sprawę, ze w pewnym sensie szedłem zwyczajnie z prądem, nagrywając album w ten sam sposób, jak Maiden. Więc powiedziałem sobie wtedy: "Racja, koniec tego, kropka" i ruszyłem sprawy do przodu".

Nadal chciał nagrać album solowy, ale 'chciałem zrobić coś niezwykłego, cos kompletnie szalonego" I tak Bruce poleciał do Los Angeles i rozpoczął pracę nad materiałem. "Wyszło z tego parę takich melodii, których nigdy przed nikim bym nie zagrał, ale wyszło też parę naprawdę interesujących rzeczy. Brzmiało to prawie jak Bowie".

Zwłaszcza jeden utwór pod tytułem 'Original Sin', który opowiadał o relacji Bruce'a z ojcem, "stał się dla mnie punktem zwrotnym jako artysty. Pomyślałem sobie wtedy" "Do tej pory na żadnej płycie nie byłem tak bardzo sobą" i uzmysłowiłem sobie, że znalazłem dla siebie właściwą drogę. Powiedziałem sobie" Jak chcę mogę zostać z Maiden, ale wtedy na pewno nic się nie zmieni" Albo mogłem pójść w inną stronę. Potencjalnie istniało pewne prawdopodobieństwo, ze pod względem komercyjnym skazuję się na zapomnienie, jednak nie przerażała mnie ta perspektywa.. Po pierwsze przeżyłem wiele wspaniałych chwil z Maiden, a poza tym, pomyślałem sobie wtedy, że jeśli to jest najdalej, dokąd przeznaczone jest mi dojść w życiu, to i tak jestem zadowolony. Ale chciałem się tego dowiedzieć. I wtedy zdecydowałem: "Muszę teraz odejść. Muszę teraz wszystkim o tym powiedzieć, a wtedy spróbuję sie nad tym zastanowić, co właściwie chcę w życiu robić"

Po głębokim namyśle Bruce postanowił powiedzieć o tym Rodowi. kiedy ten przyjechał go odwiedzić w studiu w Los Angeles. " Puściłem mu parę kawałków i widziałem wyraz jego twarzy. Więc usiedliśmy razem i zacząłem: Jak słyszysz, jest to zupełnie coś nowego. To dobra nowina. Zła to taka, że chce odejść z zespołu" Powiedział wtedy jakoś tak: "Przypuszczam że dobrze to przemyślałeś?' Odpowiedziałem: "Tak, przemyślałem to i chcę odejść z zespołu".

I stało się. Bruce dokończył tylko trasę koncertowa z Maiden (pozostali członkowie zespołu utrzymują do dziś, że Bruce się na niej nie przykładał i ją zwyczajnie skopał) i w sierpniu 1993 roku Bruce był wolny.

Po odejściu z zespołu Bruce nagrał dwa albumy, które kompletnie różniły się od tego, co do tej pory prezentowali Maiden: Balls To Picasso 1994 oraz Skunkworks 1996, które mimo iż moim zdaniem są bardzo dobre, nie zyskały zbytniego zainteresowania. Dlatego też kolejne dwa solowe albumy Accident OF Birth 1997 i Chemical Wedding 1998, które Bruce nagrał z byłym gitarzystą Maiden - Adrian'em Smith'em były znacznie bardziej heavy metalowe, co faktycznie poskutkowało, gdyż obie zebrały pozytywne komentarze.

Lecz potem stało się coś, o czym wielu marzyło, ale chyba mało kto uważał za możliwe - Bruce i Adrian wrócili do Maiden. Wokalista, który zastępował Bruce - Blaze Bayley mimo nagrania z Maiden dwóch w miarę dobrych albumów, nie dawał sobie zbytnio rady w trasie i został poproszony o odejście. Wtedy też okazało się że Bruce chciałby wrócić, a jako że każdy woli to co pewne i sprawdzone, pozostali członkowie zareagowali na tę propozycję z dużym entuzjazmem.

W nowym, "starym" składzie z trzema gitarzystami Maiden nagrali album, który wielu uważa za najlepszy w ich karierze, a mianowicie Brave New World 2000. Co tu duże mówić, płytka jest po prostu genialna. Do tego jeszcze trasa koncertowa zahaczyła o Polskę i czego tu jeszcze możne więcej chcieć od życia. Stosunkowo niedawno też pojawiła się długo oczekiwana płyta Dance Of Death 2003. Na pewno nie jest to to samo co Brave New World, ale może się podobać choćby z tego względu, że Bruce jak zawsze jest na niej znakomity.